Wednesday, 10 April 2013

co by tu, panie

mało mię, bo żyję ostatnio życiem innych. przez moją przyjaciółkę przejeżdża właśnie emocjonalny czołg. gdzie tam czołg, walec. trzy walce i czołg. z betoniarką. niewiele (nic) mogę zrobić, więc słucham. i myślę-niczego w życiu nie można być pewnym. a dziś mi stuknęła rocznica. 6.rocznica pożycia w związku formalnym. i w związku z powyższym o rocznicy tej zapomniałam. teściowa przypomniała przysyłając kartkę, nie, nie włożyła do kartki pieniędzy.
przez Walię  za to przetacza się epidemia odry. niebezpieczna to choroba u małych dzieci, może prowadzić do śmiertelnych nawet powikłań. no to daliśmy się zaszczepić, mimo, że ustawowo Młody miał termin na czerwiec. Dużą też przy okazji. i się pochorowała, pieron wie, czy od szczepienia. dość, że b, jak biegunka jest sponsorem dzisiejszego dnia i braku dobrego humoru.
a w pracy mi zaproponowano wyjazd na tydzień na Lanzarote.w ramach pracy, rzecz jasna i musiałam odmówić ja, matka ssącego ssaka. przez chwilę kombinowałam, że może by jednak. no nie da rady, no jak.
za to odliczam tygodnie do wyjazdu do Polski i niech no mi tylko nie będzie gorącego lata.

Friday, 22 March 2013

ludzie lodu

rozmowy o pogodzie w przyrodzie zaczynają dotyczyć coraz szerszych kręgów. zawsze wierzyłam, że potrafią uratować niejedną drętwą konwersację, ale teraz. teraz poziom wkurwu międzynarodowego osiągnął rozmiary powierzchni Rosji i jednoczy ponad podziałami. sama zamieniam się już powoli w człowieka północy, z groźnym spojrzeniem i pojedyńczą, szeroką brwią. ciału już tak by się chciało do wiosny, serce się rwie, a tu  nie. pozostają nam na pociechę ściegi wymyślne, oraz szydełkowanie, jak kto lubi. dnia wszak przybywa.

Thursday, 21 March 2013

nananananana

od miesiąca jestem pracującą matką. dobrze mi z tym. za zamkniętymi drzwiami domu zostawiam wszystkie domowe sprawy. z Tatą, niech i on coś z tego życia ma. przeciekają-i owszem-komunikatorami wprost do mojego telefonu informacje o tym, co kto zjadł i ile, ale nie sączą się do ucha głosy i wieczne prośby o mleczko/soczek/siku/kupkę/kanapkę z szynką/żelki Haribo.
te dwa dni w tygodniu sprawiają, że proporcje w byciu mamą i kimś jeszcze innym znów zaczynają się wyrównywać na korzyść. życie w ogóle potrafi być ugodowe. żeby jeszcze tylko ta wiosna. ale na to straciłam nadzieję.

Sunday, 24 February 2013

hej ho, hej ho!

ale to zleciało-mówią,  a ja przytakuję cicho,  w duchu myśląc,  no, chyba tobie.
już to wcześniej przerabiałam, więc wiem, że stres pt.: jak sobie poradzą i poczucie, że sobie beze mnie wcale nie poradzą nieodłącznym są elementem do pracy powrotów i z czasem zbledną, a potem całkiem miną.
i, że pozostanie słodka radość z "dorosłej" konwersacji, niekoniecznie w temacie zupek, kupek oraz kolejnego etapu buntu, a nawet jeśli,  to z takim miłym dystansem, jakby się rozprawiało o tych tamtych dzieciach, nie własnych.
i, że fajnie jest czasem zatęsknić.
tak, wiele pozytywnych aspektów powotu do pracy jest.
wiele jest.

Thursday, 21 February 2013

pieprzę, wychodzę z lutego

chwilowy zastój w blogosferze tłumaczyć mogę jedynie tym, że bardziej nie mam nic do powiedzenia niż zwykle.
no dobra-biegam i to jest obecnie najfajniejsze w moim życiu, smutne, co?
Duża mimochodem skończyła trójkę i ma poważne sprawy na głowie, jak rozmowy ze swoimi 'girlies' na placu zabaw, czy inne podobne, zawsze stojące na drodze temu, o co akurat ją proszę. priorytety.
za parę dni wracam do pracy i generalnie się cieszę i otwieram na nowe, tudzież odrobinę stresuję, jak to będzie, ale jakoś będzie, bo musi być, tak, czy nie.
mam ochotę chyba na jakiś bieg zorganizowany, to nie wiem w jakich kategoriach to rozpatrywać.
3.03 w stolicy biegną 5k, myślę.


Tuesday, 5 February 2013

smętnie jest

styczeń i luty, to nie są dwa moje ulubione miesiące i-dopóki się nie przewiną-odciskają złe piętno na mojej skołatanej psychice. kolejne piętno, bo mam jeszcze dwoje dzieci.
ratuję się jak mogę pompując w organizm oporne endorfinki, ale coś to, panie, wątpliwej jakości.
pisanie i myślenie o Bora Bora też niewiele daje, tylko wkurw się nasila.
wicher wieje, deszczyk pada, baba jaga jajka składa:/

Tuesday, 22 January 2013

wojny i rozpacz

oj dopadło nas choróbsko gorsze niż tytułowe wojny i rozpacz i to dopadło kolektywnie, hej. kiedyś to się zwało sraczką z wymiotami, dziś-ponieważ nawet śmierć musi być ładna i higieniczna-chorowaliśmy na grypę żołądkową. o tak, w pewnym momencie prosiłam o śmierć:/ na szczęście wszystko kiedyś mija, nawet najgorsza gówniana historia, więc i my będziemy żyć. opiekowanie się biednym siedmiomiesięcznym, wymiotującym maleństwem i niecierpliwą trzylatką, tudzież mężem samemu mając "przypadłość"-nie życzę nikomu.